Ewa Błaszczyk – Doceniam szczęśliwe chwile

Ewa Błaszczyk – Doceniam szczęśliwe chwile

Nieśmiałość zaprowadziła ją do szkoły teatralnej. Miała przed sobą perspektywę kariery międzynarodowej, ale wybrała Polskę. Gdy jej świat legł w gruzach, postanowiła działać i niemożliwe uczynić możliwym. Ewa Błaszczyk, współzałożycielka Fundacji „Akogo?”, dzięki której powstała Klinika Budzik, opowiada, jak znalazła się w miejscu, w którym jest dziś.

Gdy czytamy biografie znanych aktorów, często okazuje się, że ich decyzje o wyborze tego zawodu były zaskakujące i przypadkowe. Czy tak było również z Panią?

Ewa Błaszczyk: W życiu wiele rzeczy jest kwestią przypadku. Tak było właśnie z moim wyborem kierunku studiów, chociaż wszystko wskazywało na to, że nie powinnam iść tą drogą. W dzieciństwie miałam ogromny kłopot, żeby wyjść na środek klasy i wyrecytować wiersz na pamięć. Oczywiście znałam go, ale robiłam się czerwona i nie byłam w stanie wyksztusić ani słowa. Ta moja nieśmiałość objawiała się oczywiście też w innych sytuacjach. Może dlatego już w szkole średniej interesowałam się psychologią i psychiatrią, a szczególnie fascynował mnie temat ukrywania emocji. Przez mojego ojca poznałam doktora Hoffmana, który razem z profesorem Dąbrowskim prowadził badania nad integracją pozytywną. W ten sposób zostałam członkiem Towarzystwa Higieny Psychicznej. Któregoś razu na żaglach, w czasie wakacji, poznałam ludzi ze szkoły teatralnej, którzy zaprosili mnie na spektakle dyplomowe. Przedstawienia zrobiły na mnie tak duże wrażenie, że gdy po maturze musiałam wybrać uczelnię, wzięłam pod uwagę Wyższą Szkołę Teatralną. Aktorstwo nęciło mnie kilkoma aspektami, szczególnie perspektywą zwalczenia mojej nieśmiałości. I choć podążyłam tą ścieżką, nie zapomniałam o moich pierwszych zainteresowaniach, gdyż zawsze, przygotowując się do ról teatralnych czy filmowych, szczegółowo analizuję pod względem psychologicznym postacie, które będę odtwarzać.

Czy może Pani w skrócie opisać swoją drogę zawodową i jej wpływ na życie osobiste?

EB: Zaczęłam grać w teatrze jeszcze w czasie studiów. Po ukończeniu Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie dostawałam już znaczące role w Teatrze Współczesnym i Narodowym oraz w Teatrze Telewizji. Potem przyszły dość liczne role filmowe. Po wybuchu stanu wojennego wyjechałam do Wiednia, nauczyłam się niemieckiego i zaczęłam grać w filmach Karin Brandauer. W końcu musiałam zdecydować, czy chcę zostać na Zachodzie, czy wrócić na stałe do Polski i to drugie przeważyło. Zagrałam rolę Klary w „Nadzorze” w reżyserii Wiesława Saniewskiego, za którą otrzymałam w 1985 roku Brązowe Lwy Gdańskie. Późnej występowałam w wielu filmach oraz śpiewałam w Kabarecie pod Egidą Pietrzaka.

Mój repertuar, zarówno aktorski, jak i piosenkarski, zmienia się w zależności od tego, co dzieje się w moim życiu. Ta reguła odnosi się również do moich ostatnich projektów – płyty o wymownym tytule „Pozwól mi spróbować jeszcze raz”, monodramu o Orianie Fallaci „Chwila, w której umarłam” i sztuki Witkacego „Metafizyka dwugłosowego cielęcia”.

Wielu kobietom, szczególnie tym, które założyły rodzinę i mają dzieci, trudno pogodzić życie osobiste z zawodowym. Jak to było u Pani?

EB: Gdy urodziły się dziewczynki, zawsze nam ktoś pomagał. Najpierw była to mama mojego męża, która prowadziła nam dom. Moja również się udzielała. Potem zatrudniliśmy panią do opieki nad dziećmi. Gdybyśmy ja albo mój mąż zostali w domu i zajmowali się bliźniaczkami, ktoś musiałby nas wtedy utrzymywać. A tak, spełnieni pracą zawodową, wracaliśmy do domu i mieliśmy dużo pozytywnej energii, którą przekazywaliśmy dzieciom. W sytuacji kobiet czynnych zawodowo pomoc rodziny czy opiekunki jest niezbędna. Bilans i tak wychodzi dodatni, bo wprawdzie dzieci widzą rodziców rzadziej, lecz czas z nimi spędzony jest bardziej twórczy, gdyż rodzice są mniej sfrustrowani domowymi obowiązkami.

Jest Pani również rozpoznawalna ze względu na aktywną działalność w Fundacji „Akogo?” i Klinice Budzik. Jak doszło do ich powstania?

EB: Od czasu ukończenia studiów aż do chwili obecnej w mojej karierze zawodowej nigdy nie miałam wielkich zawirowań – pięłam się systematycznie w górę. Nie mogę tego jednak powiedzieć o swoim życiu osobistym.

Moje dwie córki, bliźniaczki, przyszły na świat jako wcześniaki i przez pierwsze miesiące trwała walka o ich życie. Sześcioletni, pełen rodzinnego szczęścia okres przerwała śmierć męża, a potem wypadek Oli, zakończony śpiączką, której konsekwencje trwają do dziś. Mój poprzedni świat legł w gruzach i musiałam odbudować go na nowo. Tak jak wspomniałam w przedmowie do książki, znalazłam swoją drogę i to ona doprowadziła do rozkwitu Fundacji „Akogo?” oraz powstania Kliniki Budzik. Przez 15 lat wytężonej pracy w fundacji i w klinice cały czas spotykamy nowych ludzi, wprowadzamy nowe technologie. Nasza działalność zaczyna zdobywać międzynarodowe uznanie. Współpracujemy z lekarzami z Japonii, którzy, zainspirowani naszym Budzikiem, otworzyli podobną klinikę w Nagoi. Zaczynamy również współpracę z Włochami. Wprowadzamy nowatorskie, eksperymentalne metody i efekty są coraz bardziej widoczne – świętujemy już 50. wybudzenie. Nasze plany są bardzo ambitne – chcemy zwiększyć ilość miejsc w Budziku w Olsztynie, a w Warszawie zacząć oferować miejsca dorosłym. Musimy się spieszyć, gdyż w kolejce czeka aż 800 osób. W mojej działalności wspiera mnie moja córka, Marianna. Rozumiemy się doskonale i na płaszczyźnie zawodowej – córka skończyła wydział aktorski i aktualnie studiuje dziennikarstwo, i na tej najważniejszej, rodzinnej, gdyż zawsze mogę liczyć na jej pomoc w opiece nad Olą. Moje dziewczynki są moimi talizmanami.
Gdy podsumowuję swoje życie, jego wzloty i upadki, przypominają mi się słowa Mickiewicza: „(…) ten tylko się dowie, kto Cię stracił”. Wprawdzie tyczą się one „szlachetnego zdrowia”, ale można je przytoczyć w wielu życiowych sytuacjach.
Obecnie w pełni doceniam wszystkie szczęśliwe chwile. Cieszą mnie moje nowe projekty teatralne, kolejne wybudzenie dziecka ze śpiączki, postępy Oli po ostatnim wszczepieniu stymulatorów i świadomość, że dzięki mojej fundacji i klinice kolejny człowiek zostaje przywrócony do pełnego życia. Przebudzenia i radość rodziców są moim motorem do dalszego działania. Pragnę dożyć takiego momentu, kiedy w Polsce każdy człowiek w śpiączce będzie mógł być natychmiast poddany terapii bazującej na najnowszych osiągnięciach.

Czego Pani i nam wszystkim życzę. Dziękuję za rozmowę.

Beata Gołembiowska