POZNAJ NASZEGO MENTORA – HONORATA PIERWOLA (NOWY JORK) – INSPIRACJA TYGODNIA

POZNAJ NASZEGO MENTORA – HONORATA PIERWOLA (NOWY JORK) – INSPIRACJA TYGODNIA

HONORATA PIERWOŁA USA (NOWY JORK)
Society of Polish American Travel Agents
www.spata.org

Lingwistka, specjalistka w zakresie języków słowiańskich, prezes Polsko-Amerykańskiego Towarzystwa Biur Podróży SPATA, właścicielka biura podróży Europa Travel & Services, pasjonatka rozwoju polskiej turystyki i promowania jej w Ameryce. W ramach Europa Travel & Services i SPATA Honorata Pierwoła promuje najpiękniejsze zakątki Polski i zachęca Amerykanów do poznania naszej Ojczyzny. Jest członkinią Rady Polonijnej przy konsulacie RP w Nowym Jorku. Ponadto zajmuje się działalnością społeczną i charytatywną w Związku Polaków w Ameryce. Otrzymała bardzo ważne wyróżnienia przyznane przez polskie Ministerstwo Sportu i Turystyki – Odznakę za Zasługi dla Turystyki oraz Wawrzyn Polskiej Turystyki w 2016 r. za wieloletni wkład w rozwój turystyki ze Stanów Zjednoczonych do Polski. „Twórz dobro, a ono pewnego dnia wróci do ciebie” – oto myśl, którą kieruje się w życiu.

Honorata Pierwola jest również MENTOREM w PREMIER International Business Club oraz współautorką książki “Biznesowe inspiracje Polek na świecie”, której fragment prezentujemy poniżej. Jeśli chcesz skorzystać ze wspaniałej wiedzy i doświadczenia naszej wyjątkowej mentorki, dołącz do naszego Klubu.

 

BIZNESOWE INSPIRACJE POLEK NA ŚWIECIE – HONORATA PIERWOLA

www.biznesoweinspiracje.org
www.biznesoweinspiracje.org

Urodziłam się na Kresach, w rejonach pięknej Puszczy Nalibockiej położonej koło Nowogródka. Moi rodzice skorzystali z ostatniej szansy repatriacji i przyjechali do Polski, osiedlając się na Ziemiach Zachodnich, w uroczym XVII-wiecznym miasteczku Szlichtyngowa. Jej mieszkańcami była częściowo rdzenna ludność niemiecka oraz przesiedleńcy z terenów wschodniej i centralnej Polski. W mieście można było usłyszeć język niemiecki oraz polski ze śpiewną, kresową wymową. Wyrastałam więc na pograniczu kultur: kresowej, niemieckiej i centralnej Polski, wybierając z każdej to, co było najpiękniejsze. Jednym z ich najważniejszych elementów były dla mnie języki i już dosyć wcześnie zdecydowałam się studiować lingwistykę. Początkowo myślałam o germanistyce, lecz w liceum ekonomicznym, do którego chodziłam, niemieckiego nauczano według innego podręcznika niż w normalnych liceach i obawiając się, że mogę nie zdać egzaminu, wybrałam w końcu wydział języków słowiańskich na Uniwersytecie Wrocławskim.

Po obronie pracy magisterskiej, rozpoczęłam pracę doktorską pod wspaniałym kierownictwem wybitnej profesor Hanny Komorowskiej. Następnie zostałam zatrudniona na Uniwersytecie Warszawskim w Katedrze Języków Obcych jako asystentka, specjalistka w językach czeskim i rosyjskim. Oczywiście na studiach poznałam też do pewnego stopnia język ukraiński i białoruski. Pracując na uczelni prowadziłam jednocześnie badania do mojej pracy doktorskiej zatytułowanej „Glottodydaktyka a osiąganie sukcesu w nauczaniu języków obcych”, której promotorem była również profesor Hanna Komorowska. Materiał empiryczny zbierałam w szkołach średnich. W tym samym czasie wyszłam za mąż za Edwarda Pierwołę, absolwenta ekonomii, górala ze Sromowiec Wyżnych (pięknej miejscowości położonej w Pieninach, na Podtatrzu), syna flisaka, który tratwami spławiał turystów Przełomem Dunajca. Urodziłam trzech wspaniałych chłopaków – Jędrzeja, Miłosza i Kacpra. Za każdym razem miała to być Hanka–góralka, ale jak widać, takie było przeznaczenie. Pracowałam na uczelni, pisałam doktorat i życie układało się wspaniale. Ze względu na ilość dzieci dostaliśmy przydział na większe mieszkanie, a jako naukowcowi przysługiwało mi również osobne pomieszczenie. Mieszkanie było wprawdzie w stanie surowym, ale planowaliśmy je sami wykończyć i nagle… wszystko potoczyło się w zupełnie nieoczekiwanym kierunku. Mój mąż Edward, śladem górali, którzy od wieków wyjeżdżali „za chlebem”, również planował pojechać do Stanów, żeby zarobić na wykończenie mieszkania. Absolutnie nie zamierzał emigrować na stałe. W tym czasie przeprowadzano loterię na otrzymanie zielonej karty w USA i przebywająca w Stanach siostra męża wysłała podanie również w imieniu Edwarda. Pewnego dnia przyszło zawiadomienie z poczty, że mam odebrać przesyłkę. Była to duża koperta z Ambasady USA w Warszawie, a w środku znajdowały się druki w dwóch językach – polskim i angielskim. Przeczytałam tekst w języku polskim (angielskiego nie znałam): „Macie Państwo prawo do ubiegania się o stały pobyt w Stanach”. Zaskoczyło mnie to kompletnie. „Co ten mój mąż kombinuje?” – pomyślałam. „Przecież nigdy nie planowaliśmy emigracji!”. Gdy powiedziałam o tej wiadomości znajomym i moim studentom, wszyscy odradzali mi wyjazd: „Pani profesor, będzie pani sprzątała domy, nie zna pani języka angielskiego, tutaj ma pani karierę, robi pani doktorat” –  argumenty moich uczniów były nadzwyczaj przekonujące.

Po naradzie rodzinnej postanowiliśmy, że mąż pojedzie, dostanie zieloną kartę, popracuje w Ameryce i wróci. Wydawało się, że jest to dobra decyzja, a ja sama z trójką chłopców sobie jakoś  poradzę.  Dwa tygodnie przed wylotem męża do Stanów, do Warszawy zjechała rodzina mojego brata (brat od dwóch lat mieszkał w Niemczech Zachodnich), aby w kręgu rodzinnym uczcić komunię jego córki. W trakcie pobytu w Polsce długo ze mną rozmawiał i zaczął mi wbijać do głowy, że moja decyzja może mieć negatywne konsekwencje. „Co ty siostra? Chcesz sama wychowywać trójkę chłopaków? Bez ojca? Musisz z nim jechać” – argumentował. „Co ja tam będę robić? Nie znam języka, tutaj mam karierę” – próbowałam się bronić. „Jedź na rok. Dzieci załapią angielski, ty też się go nauczysz” – przekonywał. Wiadomo, że dla mnie, lingwisty, nauka języków była niemalże jak religia. Dzieci już w przedszkolu uczyły się angielskiego, pobierały również lekcje francuskiego, więc argumenty brata do mnie przemówiły. Moja mama również poparła takie rozwiązanie. Osaczona argumentami rodziny postanowiłam pojechać, ale oczywiście tylko na rok, a potem wrócić na uczelnię i skończyć doktorat. Gdzieś po cichu liczyłam na to, że z wyjazdu i tak nic nie wyjdzie, ponieważ w wyznaczonym terminie nie zdążę zrobić wszystkich badań wymaganych przez stronę amerykańską. Tymczasem okazało się, że moja sąsiadka pracowała w Ambasadzie USA i pomogła mi w przeprowadzeniu badań oraz wypełnieniu potrzebnych dokumentów.

W ten sposób w 1991 r. znaleźliśmy się w małym miasteczku w New Jersey, w którym już mieszkała siostra mojego męża. Było to bardzo spokojne, czyste i bezpiecznie nadmorskie miasteczko, którego mieszkańcami byli głównie Amerykanie irlandzkiego pochodzenia i Polacy. Na każdym rogu miasta znajdował się bar, gdzie obie nacje, tak do siebie podobne, spotykały się tam. Dzieci poszły do szkoły publicznej, a ja znalazłam pracę. Synowie przeżywali swoje stresy emigracyjne, o których nie do końca wszystko wiedzieliśmy. Na szczęście szybko załapali język angielski, uczyli się wspaniale, a najstarszy, Jędrek, był tak zaawansowany w przedmiotach ścisłych, że szkoła zorganizowała dla niego specjalny program na Rutgers University w New Jersey. Po roku pobytu w Stanach, tak jak planowałam, byłam gotowa do powrotu do Polski. Walizki były spakowane, a tymczasem Jędrek dostał ofertę nauki w Hill School w Pensylwanii. W tej bardzo elitarnej szkole tylko dla chłopców uczyli się synowie polityków i biznesmenów, m.in. syn Donalda Trumpa, który znalazł się w tej samej klasie co Jędrek. Koszt jednego roku nauki wynosił 20 tysięcy dolarów. Wiadomo, że nawet dla zamożnych Amerykanów była to wielka suma, a co dopiero dla nas, świeżo upieczonych emigrantów. Szkole jednak tak zależało na naszym synu, że załatwiła mu prywatne stypendium, które pokrywało trzy czwarte kosztów. Musieliśmy zapłacić „jedynie” $5000 (w 1991 r. miesięczny czynsz wynajęcia domu wynosił $620). Ponadto musieliśmy zaopatrzyć syna w siedem par spodni, pięć marynarek i czternaście koszul, co dla nas było ogromnym wydatkiem – do tego stopnia, że zadłużyliśmy się na wysokooprocentowanych kartach kredytowych, które później spłacaliśmy przez lata. Jaką wielką dla nas dotkliwą stratą było, gdy nasz syn uprał te czternaście koszul we wrzątku i wszystkie tak się skurczyły, że trzeba było kupić nowe. Z perspektywy czasu obydwoje z mężem uważamy jednak, że nasze inwestycje w edukację dzieci były świetnymi decyzjami, ale wówczas była to dosłownie walka o przetrwanie.

Jędrek zaczął szkołę, my zaciągnęliśmy długi i o powrocie do Polski nie było już mowy. Po roku czasu mój angielski był na jako takim poziomie, gdyż uczęszczałam na kursy i uczyłam się po nocach, a w ciągu dnia opiekowałam się starszą panią. W tym miejscu jednak muszę zrobić dygresję i cofnąć się nieco w czasie. Tak jak wspomniałam, od razu po przyjeździe do USA  zamieszkaliśmy w małym, spokojnym miasteczku. Trójka naszych chłopców chodziła do szkoły. Pewnego dnia Jędrek przyszedł do domu i zadał mi pytanie: „Mamo, zawsze nam mówisz, że jak nie będziemy się uczyć, to będziemy sprzątać. Pisaliśmy w szkole wypracowanie, co chcielibyśmy robić, gdy dorośniemy i 35% uczniów napisało, że ich marzeniem jest być miejskim śmieciarzem. Czy możesz mi to wytłumaczyć?”. Pytanie mojego dziecka dało mi dużo do myślenia. Zdałam sobie sprawę, że miłe, spokojne miasteczko, w którym mieszkamy, to miasto robotnicze i dzieci uczęszczające do szkoły pochodzą z takich właśnie rodzin. Wtedy robotnicy byli zamożni, stać ich było na piękne samochody, domy, ich żony nie pracowały i nie przywiązywali wagi do czegoś takiego jak edukacja. Tymczasem żaden wykształcony polski rodzic nie chciałby, żeby jego dziecko, nie wiem za jakie pieniądze, było pracownikiem komunalnym. Jestem pedagogiem z wykształcenia i wiem, że poza rodzinną atmosferą w domu to środowisko kształtuje dzieci. Byłam zdeterminowana, żeby dla moich pociech poszukać innego miejsca. Stało się nim Princeton, piękne miasto znane ze sławnego, zbudowanego w XVIII wieku uniwersytetu, kolebki noblistów. W nowym miejscu młodsi synowie ukończyli szkołę średnią o bardzo wysokim poziomie edukacji, a ja wraz z mężem mieszkamy w nim do dzisiaj.

Po kilku miesiącach od przeprowadzki zaczęłam myśleć o lepszej pracy. Znajomy powiedział mi o agencji turystycznej, która poszukiwała pracownika, gdyż właścicielka spodziewała się dziecka. Mój angielski był nadal na podstawowym poziomie i byłam przekonana, że mnie nie przyjmą, ale jednak poszłam na spotkanie. Przyjęła mnie właścicielka i na moje wszystkie obawy znajdowała zawsze rozwiązanie. Nasza rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

–   Nie znam dobrze angielskiego – mówię.

– Znasz rosyjski, polski, czeski, ukraiński, białoruski, a ja mam tutaj takich klientów.

–  A jak przyjdzie albo, nie daj Boże, zadzwoni Amerykanin?

– Jesteś inteligentna, pracowałaś na uniwersytecie, to nauczysz się podstawowych rzeczy, których potrzebujesz w agencji turystycznej. One way trip, two way trip, where to, kody miast i poradzisz sobie.

Po tak krótkim wywiadzie zostałam przyjęta, chociaż nadal nie byłam wcale taka pewna, że „doskonale sobie poradzę”. Szczególnie przeraził mnie pomysł mojej pracodawczyni, która oznajmiła, że firma pracuje na systemie komputerowym Sabre, i że muszę się go nauczyć. „American Airways oferuje kursy za darmo” – pocieszyła mnie. „Mogę kupić ci bilet za punkty, więc polecisz do Dallas na kurs”. Ponieważ mój mąż pracował wtedy w Nowym Jorku, na lotnisko odprowadzał mnie kolega i tłumaczył, że mam iść do siódmego gate. „A co to jest gate?” – zapytałam. „Kobieto, jak ty sobie w tym Dallas poradzisz?” – był spanikowany nie mniej niż ja.

Na zawsze zapamiętam ten lot do Dallas w Teksasie. Byłam jednym kłębkiem nerwów, nie wiedziałam gdzie iść, bałam się kogokolwiek zapytać, a tu tymczasem słyszę język rosyjski, który w tym momencie wydał mi się najpiękniejszą muzyką. Okazało się, że to była grupa Rosjan, która też jechała na ten sam kurs co ja. Byłam uratowana!

Lekcje trwały od 9 rano do 5 po południu, a potem studenci wychodzili na miasto, żeby powłóczyć się po klubach i pubach. Przyjeżdżali tam milionerzy, którzy przebierali się za kowboi i można było naprawdę dobrze się zabawić. Moje nowe koleżanki, Rosjanki, namawiały mnie, żebym z nimi poszła, ja jednak opierałam się pokusom i do północy pracowałam z lektorem w laboratorium komputerowym, przygotowując się do następnej lekcji. Jednak było warto – zaliczyłam kurs, zdałam końcowy egzamin i dostałam licencję!

Szczęśliwa przyjechałam do domu i już ze znajomością Sabre rozpoczęłam pracę w agencji, chociaż tak naprawdę nie chciałam pracować w turystyce. Zamierzałam nostryfikować swój dyplom i starać się o pozycję na uczelni. Życie jednak koryguje plany, a dodatkowo trzeba z czegoś żyć, zwłaszcza gdy ma się na utrzymaniu trójkę dzieci. Warunki pracy w agencji były dobre, zarabiałam nieźle, gdyż w umowie zaoferowano mi, że nie będę pracownikiem, ale wspólniczką biura. Przed nowym rokiem właścicielka urodziła dziecko i  krótko przed Wigilią wezwała mnie do siebie, oznajmiając, że zmieniła zdanie, jeśli chodzi o naszą umowę. Zamiast etatu współwłaścicielki miałam zostać zwykłym pracownikiem z pensją ośmiu dolarów na godzinę. Byłam zdesperowana i załamana. Spotkałam naszego przyjaciela, tego samego co odprowadzał mnie na samolot do Dallas, i zwierzyłam się mu z mojego zmartwienia. Pocieszył mnie mówiąc, że na pewno coś pozytywnego się wydarzy. I rzeczywiście! Jeden z moich byłych klientów powiedział mi, że ukraińska firma turystyczna poszukuje menadżera, który zna język Sabre. Na spotkanie szłam znowu spięta, bo wprawdzie znałam program i już w miarę dobrze angielski, ale moja była szefowa nie nauczyła pisać mnie raportów. W czasie wywiadu wyszła na wierzch moja aż do bólu uczciwa natura, balast wyniesiony z komunistycznej Polski. Już na wstępie zaznaczyłam, że mój angielski jest jeszcze niezbyt dobry. Podobnie jak poprzednim razem, nie za bardzo się tym przejęli, gdyż głównymi klientami firmy byli Ukraińcy.

– Znasz języki słowiańskie i to jest najważniejsze. Na wstępie dajemy ci 40 tys. dolarów pensji.

– Dajcie mi 35 tys. gdyż nie umiem pisać raportów – ja na to.

Oczywiście, że z radością spełnili moja prośbę. Tymczasem nauczyłam się pisać raporty w trzy tygodnie, a po pół roku zdobyłam całą potrzebną mi wiedzę. Powiedziałam sobie, że nie będę pracować dla kogoś i w 1992 r. otworzyłam własne biuro, które nazwałam Europa Travel & Services. Do tej pory oboje z mężem jesteśmy jego właścicielami.

Początki, jak to zwykle bywa, były dosyć trudne. Nie stać mnie było na nowy samochód, więc jeździłam do pracy używanym. Niektórzy kręcili nosem i mówili: „Jeździ takim gratem, to pewnie jej biuro podróży tak samo wygląda”. Gdy stary samochód się popsuł i wynajęłam inny, pojawiły się komentarze: „Ledwo co otworzyła firmę, a już ma nowy samochód. Na pewno wzbogaciła się, naciągając klientów”. Nie miałam czasu, by przejmować się plotkami czy nieżyczliwymi uwagami, tylko robiłam swoje. Poszłam na intensywne kursy angielskiego i kursy dokształcające w prowadzeniu biznesu, oglądałam filmy szkoleniowe. Moje biuro znajduje się w oddalonej o 22 mile od Princeton miejscowości South River. Mieszka tam wielu emigrantów z krajów Europy Wschodniej. Kiedyś polskie biura turystyczne zajmowały się sprzedażą biletów lotniczych, obecnie te funkcje przejął Internet. Natomiast organizowanie atrakcyjnych podróży, wycieczek, wyjazdów wypoczynkowych, zdrowotnych czy edukacyjnych pozostaje nadal domeną agencji i tym zajmuje się Europa Travel & Services.

Obecnie Polacy nie przyjeżdżają do Stanów Zjednoczonych do pracy, a odwiedzają Amerykę jako turyści i to w dodatku zamożni, którzy chcą zwiedzić piękne i ciekawe miejsca oraz zrobić zakupy, często luksusowe za duże pieniądze. Z tego powodu czynię starania, aby Polacy mogli przyjeżdżać do Stanów bez wiz. Dwukrotnie uczestniczyłam w rozmowach w Białym Domu jako Amerykanka polskiego pochodzenia w sprawie ich zniesienia dla Polaków.

Z kolei Amerykanie są zafascynowani Europą i kompletnie nie znają Polski, często kojarząc ją z Rosją, Rumunią czy „jakimś państwem we wschodniej Europie”. Dla nielicznych Polska jest krajem, gdzie znajduje się Auschwitz, a co poniektórym kojarzy się wcale nie z niemieckimi obozami koncentracyjnymi założonymi przez Niemców na terenie okupowanej przez nich Polski,  ale z obozami ofiar nazimu. Olbrzymia większość nie zdaje sobie sprawy, że nasz kraj po upadku komuny stał się piękny i oferuje wiele atrakcji, wśród których króluje wspaniała kuchnia, a przy tym nadal jest stosunkowo tani. Jest też krajem bezpiecznym, bez ataków terrorystycznych. Moim zadaniem jest przekonać Amerykanów do masowego zwiedzania Polski. Mam na tym koncie już sporo osiągnięć i po powrocie moich klientów słyszę wiele zachwytów. Oczywiście odpowiednia reklama znacznie przyczyniłaby się do rozwinięcia zainteresowania naszą ojczyzną, dlatego podczas moich wizyt w Polsce tłumaczę to na spotkaniach z pracownikami Ministerstwa Turystyki czy Polską Organizacją Turystyczną. Gdy w Stanach włączam telewizor na kanale CNN czy FaX News, to zawsze wyświetlany jest minutowy film o Wenecji. Taki sam można byłoby zrobić o Polsce. Pieniądze przeznaczone na reklamę na pewno po stokroć się zwrócą. Amerykanie są świetnymi turystami – ciekawymi różnych miejsc, lubiącymi wydawać pieniądze podczas podróży. Młodzi ludzie najchętniej zwiedzają inne kraje samotnie lub w małych grupach. Natomiast ludzie starsi, po pięćdziesiątce, wolą wycieczki zorganizowane, podczas których mogą zobaczyć najważniejsze i najciekawsze osobliwości danego kraju, w fachowy i interesujący sposób przedstawione przez przewodnika. Chcą też mieć zapewniony komfort. Ta grupa wiekowa jest też odpowiednio zamożna, więc stać ją na nawet drogie, luksusowe wycieczki. Tego typu ludzie stali się naszymi głównymi klientami.

W Stanach Zjednoczonych już od prawie sześćdziesięciu lat działa Society of Polish American Travel Agencies (SPATA). Jest to unikalne stowarzyszenie polsko-amerykańskich biur podróży. Od 6 lat jestem jej prezesem. Dzięki współpracy pomiędzy biurami  łatwiej jest nam kooperować z liniami lotniczymi, negocjować lepsze warunki dla prowadzenia biznesu, podejmować wspólne działania czy też organizować pomoc dla potrzebujących. Jedną z takich akcji była pomoc powodzianom na Śląsku. Wspomagamy również domy dziecka, fundujemy stypendia dla młodzieży. Zbieramy fundusze nie tylko w SPATA, ale i w innych związkach, organizacjach, klubach, nieformalnych grupach, w parafiach, na piknikach letnich i  imprezach świątecznych. Udzielam się również społecznie w ramach działalności w Związku Polaków w Ameryce oraz wielu innych organizacjach z siedzibą w Nowym Jorku.

Kosztem ogromnych wysiłków organizacyjnych udało się zaktywizować i  rozwinąć SPATA i nadać jej odpowiedni, nowoczesny kierunek, spełniający współczesne wymogi. Wierzymy, że nasze wysiłki i osiągnięcia będą fundamentem dla nowych pokoleń pracowników w branży turystycznej. Turystyka jest nie tylko przyjemnym spędzaniem czasu – odgrywa również rolę edukacyjną. Dzięki podróżom po świecie poznajemy nowe kultury, religie, stajemy się bardziej otwarci na problemy innych narodów, potrafimy je lepiej zrozumieć. Poprzez turystykę potrafimy przełamać bariery uprzedzeń, które tak często prowadzą do rasizmu, ksenofobii, nienawiści, przemocy i wojen. Uważam, że podróże są wręcz niezbędnym elementem edukacji każdego człowieka. Poznawanie innych kultur jest niezapomnianym przeżyciem, a nawiązywane podczas podróży znajomości i przyjaźnie potrafią pozostać na całe życie. To dzięki nim często zmieniamy stereotypowe podejście do różnych nacji i stajemy się tolerancyjnymi, otwartymi na różnorodność obywatelami świata.

Gdy nasi synowie zakończyli swoją edukację, zaczęłam udzielać się w środowisku polonijnym. Jestem członkiem Rady Polonijnej przy konsulacie RP w Nowym Jorku. W skład rady wchodzą przedstawiciele  bardzo ważnych polskich organizacji, takich jak: Fundacja Kościuszkowska, Instytut Piłsudskiego, Pulaski Association of Business and Professional Men, Inc., zespoły lekarskie, Domy Polskie. Moim zadaniem jest promować Polskę pod kątem turystycznym. Staram się też organizować tematyczne wycieczki edukacyjne, takie jak „Szlakiem Muzyki Chopina” czy „Szlakiem polskich zamków”. Współpracuję ściśle z Polską, biorę też udział w targach turystycznych Tourist Fair TT Warsaw. W trakcie licznych podróży po świecie zawsze odwiedzamy polskie placówki konsularne i spotykamy się z krajowymi organizacjami turystycznymi, nawiązując w ten sposób kontakty.

Nasze biura prowadzą w większości kobiety. Dlaczego tak jest? Wydaje mi się, że wiele naszych kobiecych cech sprzyja tego rodzaju biznesowi. Kobiety są bardzo aktywne, potrafią sprostać wielu funkcjom naraz, łatwo nawiązują kontakty. Bardzo dużo pań otwiera biznesy turystyczne w Internecie, osiągając w tym znaczące sukcesy. W Ameryce wynajęcie biura robi się coraz droższe. Na przykład na Green Point w Nowym Jorku było niegdyś kilkadziesiąt agencji turystycznych, które obecnie się pozamykały. Ceny wynajęcia lokali są zbyt wysokie. Słynna polska dzielnica Greenpoint stała się elitarnym miejscem i  Polacy, którzy kiedyś tam kupili domy, dzisiaj po ich sprzedaniu stali się milionerami. Wielu z nich wyprowadziło się do New Britain w stanie Connecticut i tam zaczęli zakładać biznesy. Bardzo dużo Polek otworzyło piękne salony fryzjerskie, biura podróży, sklepy. To już nie te Polki, które przyjeżdżały do Stanów, żeby sprzątać domy. To zamożne, odważne kobiety biznesu. Uważam, że Polki są nie tylko piękne, inteligentne, zadbane, ale również świetnie radzą sobie w biznesie. Są też bardzo ambitne i gdy osiągną już jakąś pozycję, nadal chcą piąć się w górę. Wierzą też w siebie, co moim zdaniem jest najważniejszą rzeczą w biznesie.

W pewnych momentach, szczególnie na początku emigracji, wiara w siebie była u mnie zachwiana. Myślałam wtedy: „W kraju moje koleżanki są profesorami, a ja tymczasem pracuję w turystyce”. Czy obecnie tego żałuję? Nie. Myślę, że los popchnął mnie w dobrym kierunku. Gdy po latach spotkałam się gronie przyjaciół, poparli mój wybór: „Nigdy nie byłaś klasycznym typem naukowca, który całe dnie siedzi w bibliotece. Ty zawsze szukałaś kontaktu z ludźmi”. I mają rację. Najlepiej czuję się otoczona ludźmi, ze świadomością, że coś dobrego dla nich robię i to właśnie daje mi moja praca. Dlatego tak ważne jest, żeby dobrze wybrać zawód i nie zrażając się przeciwnościami, iść swoją drogą. Nieraz trzeba przy tym wykazać dużą odwagę. Mogę podać przykład z mojego najbliższego otoczenia. Nasi synowie otrzymali wspaniałe wykształcenie. Jędrek i Kacper zostali lekarzami, a Miłosz prawnikiem. Miłosz zaczął pracę w słynnym biurze z siedzibą na Manhattanie, ale po krótkim czasie ją rzucił. Po prostu nie mógł tam wytrzymać, czuł się w niej jak w więzieniu. Zaczął jeździć po świecie, fotografować i filmować, a obecnie osiadł w Sromowcach Wyżnych, w rodzinnym gnieździe starego rodu Pierwołów z siedmiowiekowym rodowodem. Jest zakochany w Polsce i w górach. Niegdyś chciał zostać reżyserem, ale mu to odradzaliśmy, bojąc się, że z tego nie wyżyje. Okazało się, że właśnie jego marzenie było jego powołaniem i teraz nareszcie się realizuje. Dlatego ważne jest, żeby iść za „swoją legendą”, która może przynieść sukces finansowy, ale nie musi on być aż tak duży. Najważniejsze, żeby kochało się to, co się robi, bo wtedy stajemy się szczęśliwymi ludźmi, a praca nie jest przekleństwem tylko błogosławieństwem. Często jest tak, że obrana droga, która wydawałoby się nie przyniesie żadnych materialnych korzyści, może okazać się właśnie przynoszącą dochód. Wiadomo, jak ciężko jest być artystą i tylko nielicznym udaje się odnieść komercyjny sukces. Moja synowa Natalia, żona Kacpra, piękna poznanianka jest z wykształcenia muzykiem i gra na oboju. Syn poznał ją w Polsce, a ona przyjechała za nim do Stanów. Wydawałoby się, że musi porzucić swoją karierę i zacząć coś nowego, a ona tymczasem ukończyła muzykoterapię i pracuje jako muzykoterapeutka. Połączyła dwie dziedziny i odnosi sukcesy. Mam również wspaniałą synową Audrey, która jest żoną syna Jędrzeja oraz przeuroczą wnuczkę Ani Mabel i cudnego wnuka Szymona Jędrzeja Juniora. Ja sama podejmowałam decyzje, które początkowo wydawały się szalone, a potem okazywały się bardzo dobre. W ten sposób kupiliśmy nasz pierwszy dom, a potem wielorodzinną nieruchomość z przeznaczeniem pod wynajem.

W pokonywaniu wybranej drogi, która początkowo często okazuje się ciernista, bardzo pomocny jest życiowy partner. Niekoniecznie musi pracować w tej samej dziedzinie, ale bardzo ważne jest jego wsparcie. W przypadku mojego męża, Edwarda, tak właśnie jest. Popierał mnie zawsze, dawał mądre rady. Jest świetnym ekonomistą, pracuje w swoim zawodzie i jego wykształcenie okazuje się bardzo pomocne w moim biznesie. Od lat też jeździmy razem na różne spotkania związane z turystyką. Jest przy tym, tak jak ja, patriotą i wspólnie wspieramy różne działania promujące Polskę. Niekiedy, gdy popełnię jakiś błąd i potem gorzko tego żałuję, potrafi wesprzeć mnie dobrym słowem. Oczywiście nieraz się kłócimy, ale zawsze szybko „po nocy przychodzi dzień”. Edward jest też wspaniałym ojcem dla naszych trzech synów. Był dla nich dosyć twardy, jak to góral, trzymał się zasad i przekazał je naszym chłopakom. Wiele osób nam zazdrościło, że nie mieliśmy z dziećmi poważnych problemów wychowawczych. Była to duża zasługa Edwarda, który wyniósł z domu niezmierny szacunek do rodziców, a matka była dla niego wręcz świętością. Podobnie w naszym domu wymagał tego od synów. Nigdy nie mogli na mnie podnieść głosu. Myślę, że tak do końca nie zrealizował się w Stanach, chociaż pracuje jako ekonomista w świetnym biurze na Manhattanie. Może w nim, tak jak we mnie, drzemie jednak naukowiec? Oboje odnieśliśmy sukces zawodowy, a jednak gdy podsumowujemy nasze życie, jesteśmy zgodni, że naszym największym sukcesem są dzieci. Tak było od chwili ich narodzin. Poświęcaliśmy im dużo czasu, wysyłaliśmy na różne zajęcia, wspieraliśmy ich edukację, a obecnie mamy z nimi bliski kontakt.

Gdy zadaję sobie pytanie, co jest najważniejsze w życiu, zawsze na pierwszym miejscu wymieniam rodzinę. Człowiek musi mieć kogoś do kochania i czuć się kochanym. Drugim bardzo ważnym czynnikiem są przyjaciele, na których można polegać. Bardzo łatwo nawiązuję kontakty, ale przyjaciele to coś więcej niż spotkania przy herbacie. Zawsze miałam to szczęście, że spotykałam wspaniałych ludzi, którzy stawali się moimi przyjaciółmi. Aby być w pełni szczęśliwym człowiekiem, ważne jest też dawanie z siebie więcej, niż to, co zdawałoby się, że już dostatecznie dajemy.

W tym samym duchu wychowaliśmy naszych synów. Najstarszy, Jędrek, jest anestezjologiem i wiele czasu poświęca pracując  za darmo w szpitalach dla weteranów, które bardzo potrzebują lekarzy takich jak on. Miłosz z kolei uczestniczył w akcji w Nepalu, gdzie mieszkańcy prymitywnych chat nie mieli piecyków i często wybuchały tam pożary. Wraz z zamożnym filantropem sprowadził odpowiednie piece i  zakładał je. Kacper, najmłodszy syn, zwany przez nas złotą rączką, potrafi wszystko naprawić, zarówno komputery, telefony i elektrykę. Jesteśmy przekonani, że będzie bardzo dobrym lekarzem. Jestem dumna, że wychowaliśmy dzieci nie tylko na dobrych fachowców w swoich dziedzinach, odnoszących sukcesy zawodowe, ale także na dobrych ludzi.

„Twórz dobro, ono pewnego dnia wróci do ciebie” – te słowa stały się myślą przewodnią mojego życia. Wszędzie dokąd się udawałam podczas moich podróży po świecie, spotykało mnie dobro. Jestem głęboko przekonana, że jego tworzenie powinno być naszą misją, w imię pokoju dla nas i dla przyszłych pokoleń.

Tyle wydarzyło się w moim szczęśliwym życiu! Udana rodzina, kariera naukowa, prowadzenie biznesu, działalność charytatywna. Czy mam jeszcze jakieś marzenia? Nadal we mnie drzemie to, co kiedyś zaczęłam – praca naukowa. Może, gdy kiedyś tak zupełnie przejdę na emeryturę, chciałabym podjąć studia językowe i dokończyć mój doktorat. Może na słynnym uniwersytecie Princeton?